Tomasz Stokowski
środa, 25 lutego 2009

Witajcie fratres! Zanim porwę was w wir „Podróży brata Niedowiarkusa”, co żem je był ostatnio ogłosił, pozwólcie mi się przynudzić swoimi przemyśleniami na pewien temat, któren mnie od dawien dawna nurtuje. Chodzi mi o casus tego nieuchwytnego monstrum, które ma moc obalania królów i zawracania rzek. O tę belua infernus, która wysusza morza, wypiętrza góry i gasi gwiazdy. Myślę tu o tym co psuje nam wzrok i sprawia, że łupie nas w stawach. Czymś, co zgodnie z maksymą amici fures temporum, kradną nam przyjaciele i co w myśl innej znowuż sentencyji, często zresztą przeze mnie przytaczanej, bez ustanku fugit… Daje nam mądrość i sprawia, że rośniemy w siłę – tylko po to by nas później rzucić na kolana i odebrać umysłu jasność.

Poszukiwał go Proust, podróżował w nim Wells, próbował rozgryźć zaś Hawking. Ponoć szczęśliwymi są ci, którzy go nie liczą, ale im zazwyczaj nie można wierzyć.

Wiecie już o czym mowa? Wiecie. Zwłaszcza, że każdego z nas dotykają jego wszechobecne macki a niejednego zapewne dotkliwie poparzyły były. Zadajmy więc na głos to pytanie – czym, moi drodzy fratres, jest czas? Jużem nieraz poświęcił był zagadnieniu owemu zdanie, dwa lub paragraf cały w zapiskach moich (jak w kroniki odcinku o Święcie Zmarłych traktującym), lecz nigdy nie zgłębiłem go wystarczająco. Nadeszła zatem pora, aby z czasem się uporać.

Trudna to kwestyja jest wielce i umiejętnie sen z powiek spędzająca. Na pytanie quid est tempus? praktycznie nie sposób wprost odpowiedzieć – a wielu mężów światłych próbowało. Powstały z tego jeno same aforyzma, teoryje, dyktreyje i mniej lub bardziej składne „wiekopomne sentencyje”. Łatwiej jest, odstawiwszy kwestie istoty i przyczyny na bok, sprawę ugryźć próbować od skutku strony. Wszak „jaki koń jest, każdy widzi”. Gołym okiem widać co czas naokoło nas wyprawia – nas samych przy tem nie oszczędzając bynajmniej… Tempus można też mierzyć. I to w tym szczególne chyba cały diaboł tkwi… Ta mierzalność to jednak nie taka prosta sprawa, jak mistrz Albertus nas nauczał. Wszystek zależy od przysłowiowego punktu siedzenia. Urbes constituit aetas, hora dissolvit, miasta buduje wiek, niszczy godzina. I do tego inaczej ów pernicies postrzeże ten, co w epicentrum jego się znalazł i ten, który jeno z boku jako spectator był stał. Ech, i gdzież tym relatywizmie całym iustitia?

Przyjrzmy się fratres, jak z przemijaniem własnym i bliźnich, radzili sobie tego świata myśliciele i artifices przeróżni… To od antiquitas, gwoli porządku zachowania zacznijmy. Quod ab initio vitiosum est, non potest tractu temporis convalescere, to, co od początku jest wadliwe, nie może być uzdrowione z upływem czasu. Jednak jakże się ta maksyma anonimowa ma do Sofoklesowego „czas zawsze zrehabilituje porządnego człowieka”? Inny Grek, poeta Menander uważał, że czas to praeceptor niezrównany – i nie znajdzie się chyba taki co by się odważył kłam temu zadać. Jednak, pewien musicus conditor z Francyji rodem, któren zwał się Berlioz, rozwinął był stwierdzenie owo o pointę kąśliwą: „czas jest wielkim nauczycielem, tyle tylko, że zabija swoich uczniów”. Touche! Ciekawe rzeczy w tym temacie miał do powiedzenia Franklin niejaki, a jeszcze ciekawsze od samych słów jego – wnioski dalsze możnaby z nich wysnuć. Mianowicie, skoro ów Beniaminus był uważał, że „czas to pieniądz” i że rzekomo „nie starzeje się ten, kto nie ma czasu”, ergo, logiką się posługując suponować możemy , iż „kto nie ma pieniędzy – ten się nie zestarzeje”. Ach! jakaż by felicitas nastała, gdyby taka norma w istocie obowiązywała była! Ja tak in omnem eventum w ascezie żyć od dziś zacząć zamierzam… Idźmy dalej. Bajarz pewien, Sapkowskim zwany, w pisaniach swoich hipotezyję był postawił, że wieczność się w każdym czasu momencie i najkrótszem zakamarku kryje. Azaliż krajan jego Lec „czym jest wieczność?” zapytany – odpowie, że niczem innym jak czasu jednostką. Widzicie sami, jak wiele sprzeczności w sentencyjach owych tkwi. Co człek, to pogląd, a jeden z drugim niespójny. Teoryje te się nawzajem wykluczają, przekręcają i wykpiwają. Z candelabro można szukać by przykładów, gdzie dwa dicta, miast stroszyć na się pióra i prychać, jako dwie strony tej samej monety toczyły by się w pełnym concentu

Ach, byłbym fratres zapomniał, jeszcze jedna kwestyja w temacie artificum. Otóż, współcześni cantores coraz częściej, w porównaniu do dawnych minstreli i bardów wszelakich, sięgają po thema czasu w kompozycyjach swoich. Onegdaj jeno o bukolicznych sceneryjach, rycerzach mężnych i dziewicach płochych można było usłyszeć. A dziś? Pominąwszy rzecz jasna siano, jakie każdą igłę z definicyji otula – więcej nut ciężkich, poważnych, w zadumę wciągających ze strun wszelakich się dobywa. W szczególności dwie cantiones w auris moje były w ostatnim półwieczu wpadły, lecz nazw niestety nie pomnę… A ich conditores? Hmmm… jedni mieli w nazwie coś z purpury… a drudzy? drudzy zdecydowane coś z różem związanego. Ech, prima languescit senum memoria, u starców jako pierwsza słabnie pamięć…

Wszystkie linguae świata, nawet niektórych zwierząt – jak tych z gatunku Apis, próbują uporać się z tą o frustracyję przyprawiającą sprawą, jaką jest umiejscowienie eventus danego w czasie w jakim było się ono rzekomo odbyło. I tak, by wymienić exemplorum kilka, w języku we Francji szczebiotanym mamy owych „temps” podobno około trente, w angielczyków mowie ichnich „tenses” – niewiele mniej, w Łacinie mamy niby VI – z  czego niżej podpisany poznał teoretycznie II, a tak naprawdę to nie pamięta zasad żadnego. W Polszcze natomiast, fratres, sprawa następująco się przedstawia:

- czas przeszły – zarówno ten wydarzenie z premedytacyją dokonane opisujący, jak i ów drugi, o mimowolnym udziale danego podmiotu w akcyji świadczący. Pomocnym to rozróżnienie bywa w wymówkach wszelakich preparowaniu – inaczej wszak brzmi „upijałem się sam w karczmie” niż „zostałem przez kolegów-szubrawców upity”

- czas teraźniejszy, krotochwilnym zwany – najprzyjemniejszy ponoć, choć krótkotrwały strasznie, dzięki czemu jednym tylko trybikiem pochwalić się może

- czas przyszły, który nie dość, że jeszcze nie był się wydarzył, co w teoryji problemów dość nastręczać by mogło – to jeszcze na pół został rozdzielon, coby odróżnić zwrot „będzie młodzian ożeniony”  od „zostanie huncwot siłą przed ołtarz zawleczon”; stąd też powiedzenie „na dwoje babka wróżyła”

- czas zaprzeszły, który wasz Niedowiarkus niestrudzony był ukochał i idąc pod prąd zmian nurtowi, kultywować się stara

Wspomnieć by tu jeszcze fratres należało o takich ciekawostkach jak czas uprzedni (któren polegał na rozróżnieniu między formami „będę jutro sąsiadową w kąpieli podglądał” i „będę jutro sąsiadową w kąpieli podglądać”) oraz tak zwanych imperfectum i aoristus. Ale tak przeterminowały się były te wynalazki, że nawet niżej podpisany za archaizmy je uważa.

Jest oczywiście jeszcze wiele innych, mniej formalnych, „czasów” w naszej lingua kwiecistej. Na ten przykład forma, jaką byłby się posłużył jegomość po niedzieli przebudzony a będący święcie przekonany, że jest sobota „bo przecie wczora było piątek, nie? to jakże może byk poniedziałek? a może chceta mi wmówić, że jutro było przedwczoraj, hę? ”. Innym zupełnie zgoła, lecz równie fascynującym trybem należałoby się posłużyć aby delykwentowi takiemu owo magiczne przesunięcie czasu wytłomaczyć i spróbować powstałą w chronologii zdarzeń dziurę siakoś zaklajstrować.

Można by tak długo, fratres, w lingwistyki zmurszałych labiryntach się błąkać, lecz opuśćmy już lepiej to miejsce zanim – zacząwszy rozpatrywać przypadki opisywania przyszłości i przeszłości przez czas teraźniejszy, przyszłości występującej w przeszłości a opisanej przez tryb warunkowy czy czynności przeszłych nieokreślonych a swe piętno na chwili obecnej odciskających – pogubimy się dokumentnie i nawet Ariadny nić nas z tego bigosu wyciągnąć nie zdoła…

Na dziś wystarczy, moi mili auditores. Do owego tematu rzece podobnego zapewne jeszcze nieraz zameandruję. Jeśli nawet nie w oddzielnym kroniki odcinku, to zapewne między wierszami swych zwykłych, skromnych zapisków.

Mam nadzieję, żem wam nie przynudził był zbytnio i, przede wszystkiem, że czasu waszego nie zmarnowałem. Kto wie? Może nawet ów tractatus kogoś do kilku głębszych, ten tego, zastanowień natchnie? Bywajcie fratres! Pozwólcie jeszcze, że na koniec uraczę was pysznym dwuwierszem poety pewnego, bardzo memu sercu bliskiego:

 

Tempus fugit

Bo nikt go ne lubit’

 

frater Niedowiarkus
duodevicesimus Februarius Anno Domini MMIX


Witajcie fratres! Czas najwyższy nastał aby wznowić swą kronikarską działalność. Lenistwo odwieśmy więc na hak, wszystkie troski schowajmy do szuflady i zacznijmy wątek opowieści pleść… Lecz od czegóż zacząć by? Wszak tak długom nic nie pisał, że zaległości nie sposób już nadrobić, a pióro – wstyd przyznać – zardzewiało było. Nieużywany organ, jak sophia ludowa prawi, ponoć zanika. Ale, drodzy moi fratres, inna znowuż, starsza mądrość nas pouczy, że neglecta solent incendia sumere vires, zaniedbane pożary zwykły przybierać na sile. I to tej drugiej opcji się trzymajmy bądźmy lepiej… Zatem niechaj ignis rozgorzeje na nowo, z siłą podwojoną, na kartach mej kroniki! Nie martwcie się pueri meus, nie spłonie ona w tym akcie incensio, jeno niczem gladius adamantinus się zahartuje. Manuskrypta wszak nie płoną.
 
To tyle krótkiego introductio tytułem. Teraz, nie marnując już inkaustu kropel na słowa zbędne, przejdźmy do meritum.

Podróż moja za wodę wielką i bezkresną, jaką żem w brzuchu bestiae podniebnej, skrzydlatemu wielorybowi podobnej, odbył mensum temu dziesięć (ha! ależ ten tempus doprawdy strasznie fugit), natchnęła mnie była do posegregowania mej kroniki. Porządki owe i umieszczenie wszystkich zapisków w kategoryjach odpowiednich, miałoby ułatwić i mi i wam fratres odnalezienie się w chartae gąszczu – zwłaszcza w perspektywie pojawienia się nowej, oprócz standardowych świata obserwacji i polytki krytykacji, seryji mych zapisków, które nazwać roboczo postanowiłem „Podróżami brata Niedowiarkusa”.

I miejmy nadzieję, że Seneka się mylił mówiąc, że ignis, quo clarior fulsit, citius exstinguitur, ogień im jaśniej zapłonął, tym szybciej gaśnie. Niegodnym może się wydawać, zadawanie kłamu słowom męża tak mądrego, lecz czasem warto przymknąć na nie oko. Ale żeby zadość im choć trochę uczynić, nie rozpalajmy zbyt prędko kart pergaminu, bo rzeczywiście spłoną nim zdążę je zapisać. A niezapisany papier płonie – tylko verba co weń wsiąkną mogą mu od ognia immunitas nadać. Tylko verba.

Bywajcie zatem w zdrowiu fratres! I wypatrujcie kroniki odcinków nowych. Nadejdą niebawem, obiecuję.

 
frater Niedowiarkus
tertius decimus Februarius Anno Domini MMIX
poniedziałek, 21 kwietnia 2008

Witajcie fratres! Ciekawy czas nastał dla kronikarza waszego (nie)strudzonego. Dlaczegóż, pytacie? Otóż, za chwil nieledwie parę, gdy zaświta dzień vicesimus tertius Aprilis, niżej podpisany do Województw Połączonych Hameryki się wybiera. Jak to możliwe w ogóle, zapytacie? Ano, drodzy moi fratres, technyka teraz na takim poziomie, że ocean przemierzyć można nie w miesięcy kilka, lecz w godzin zaledwie garść. I to jak! Wystawcie sobie, że w trzewiach stalowego, podniebnego stwora, niczym Jonasz w wielorybim brzuchu, bezkres wód przemierzyć będzie mi dane. Niepojęte, prawda? A pamiętam jeszcze, jakby to było wczoraj, jak wszyscy myśleli byli, że tam za horyzontem woda z krawędzi świata kaskadą spływa w czarną pustkę… Ech, no cóż – errare humanum est. Ale jak mawiał Cyceron, cuiusvis hominis est errare, nullius nisi insipientis in errore perseverare, każdy może zbłądzić, trwać w błędzie tylko głupi. No i ludzie swe poglądy zacofane zrewidowali byli na szczęście.

Ciekaw jestem okropniaście co za ową Wielką Wodą drzemie… Czy prawdziwe są wszystkie te legendy… Na przykład ta o monstrualnych ludziach wielkobrzuchach-śmieciojadach zamieszkujących dzikie leśne ostępy i preryje… Albo ta o tajemniczym kulcie, których wyznawcy fanatyczni czczą jajo ze skóry uszyte a kapłani rytualnie gonią się z nim po trawiastych łąkach… Ha! Chciałbym ja to zobaczyć.

Bywajcie w zdrowiu fratres! I trzymajcie kciuki za waszego kronikarza. Coby tam dotarł bezpiecznie i równie bezpiecznie i w kawałku jednym wrócił by wam o wszystkim opowiedzieć…


frater Niedowiarkus
vicesimus primus Aprilis Anno Domini MMVIII

 
1 , 2 , 3 , 4